Zacząć jest łatwiej – rachu ciachu – zszywasz ramiona, boki i wszystkie dłuższe krawędzie. Kiedy jednak przychodzi do wykończenia nagleeee wszystkoooo jakby zaczyna zwalniaaaać. Bo to trzeba i dziurki obszyć, i analogową igłą z nitką się namachać, a na koniec przy przymiarce i tak okaże się, że coś trzeba zwęzić czy podwinąć. Nie dotyczy to jedynie rzeczonej kurtałki ale wszystkich rzeczy, które kiedyś ambitnie zaczęłam i z braku cierpliwości rzuciłam w kąt. Kurtkę dla Helenki wymyśliłam i tego samego wieczora WYkończyłam (oprócz rękawów, które jak się okazało po przymiarce trzeba skrócić). Jestem z niej całkiem zadowolona – ma ręce i nogi, i nie skończyła jako zwinięta klucha na dnie szafy 🙂

Kurteczka powstała z kawałka granatowej 100% wełny, podszewki w kratkę, ovaty i 3 guzików. Jest całkiem elegancka i bez obciaszku ubiorę w nią bobasa jak tylko zrobi się ciepło 😉

Miłego dnia!